Z założenia niniejszy blog traktować miał przede wszystkim o mojej muzyce. Okazało jednak się, że pisanie o własnej twórczości nie jest tak łatwe jak początkowo mogło się wydawać. Postanowiłem jednak zebrać się w sobie i podzielić choć kilkoma luźnymi uwagami na temat mojej najnowszej produkcji (żartobliwie nazwijmy ją albumem) “bez skojarzeń“. Zaczynajmy…

Słuchając pierwszego utworu – “bez skojarzeń” – warto zwrócić uwagę na instrument prowadzący melodię, który “dławi się” w wysokich rejestrach. Bardzo podoba mi się ten efekt, upłynniający i dodatkowo ożywiający linię melodyczną. W “bez skojarzeń” lubię też subtelność, która pozostaje niezłamana aż do samego końca (co w mojej twórczości jest zjawiskiem nieczęstym).

Cóż mogę napisać o “dropsie”? Z pewnością dobrze bawiłem się składając ten kawałek do kupy. Chciałem, żeby brzmiał nieco retro (zwłaszcza solówka w środku), ale jednocześnie nie miałem zamiaru upychać muzyki w jakąkolwiek konwencję. Nieczęsto miałem okazję napisać coś o pozytywnym wydźwięku, przychodzi mi to z wielkim trudem (najczęściej moje “wesołe” kawałki są jednocześnie kiczowate), tym bardziej cenię sobie “dropsa”, którego dość często turlam.

W “Krakowie” (podobnie zresztą jak w mieście) najważniejszy jest klimat. Treść tego utworu przyszła mi do głowy gdy pewnego niezbyt urokliwego zimowego poranka wracałem do domu tramwajem. Po prostu chciałem jakoś utrwalić uczucie jakie mi towarzyszyło, a przecież najdoskonalszym językiem emocji jest muzyka.

“Ishmael” obrazuje mój stosunek do improwizacji na tle wybranego planu harmonicznego. Jazzujący charakter melodii i rytmów łączy się z wyjątkowo dokładnie przemyślaną formą perkusji. Całość zdaje się leniwie prowadzić do kulminacji, do której nigdy nie dochodzi, końcowy fragment jest bowiem raczej konkluzją, która dopiero w quasi-codzie nawiązuje do wyjściowego materiału.

Moim ulubionym utworem z całej płyty jest ostatni, odgrzany utwór “na kolanach”. Jego pierwsza wersja powstała jeszcze w 2004 roku, kiedy zaczynałem nabierać prawdziwego zapału do muzyki elektronicznej. Bodaj najmocniejszą stroną kawałka jest jego wieloodcinkowa forma. Całość otwiera pokaz irytującego instrumentu, który wraz z linią basu zarysowuje szkielet harmoniczny. Wiodącym instrumentem jest płaczliwa ale i surowa gitara ze sporym reverbem, która prowadzi pozornie niezdecydowaną linię melodyczną. Jej rytmiczna konstrukcja opiera się w dużym stopniu na równoważności (ale nie równoznaczności) ataku dźwięku z jego końcem. Innymi słowy – w formie lini melodycznej moment w którym dźwięk się urywa ma równie istotne znaczenie co początek dźwięku następnego. Jeśli mielibyśmy się upierać przy wskazywaniu jakiś odcinków kluczowych – proponuję “minutę ciszy” w środku. Chciałem żeby była jak najbardziej wymowna.

Uf… zaledwie kilka wyduszonych z siebie zdań a uczucia równie mieszane jak po zestrzeleniu procą wiewiórki z świerku. Mam nadzieję, że ktokolwiek odniesie z powyższego tekstu chociaż minimalną korzyść (chociażby finansową) i że tym kimś nie będzie Adolf Hitler bo za nim nie przepadam.

Pozdrawiam,

efiel

Napisz komentarz