Wczoraj, 10 października, skończył się czteroletni okres oczekiwania fanów na nowy album brytyjskiego zespołu Radiohead. Jednocześnie zostały rozwiane wszelkie wątpliwości odnośnie wydawcy zapowiadanego nagrania. Zespół, który od wyprodukowania ostatniej płyty – Hail To The Thief – nie jest związany z żadnym labelem , postanowił udostępnić najnowszy longplay – In Rainbows – na swojej oficjalnej stronie internetowej. Przy czym członkowie zespołu za download życzą sobie przysłowiowe “co łaska”. Wyjątkowo skąpy użytkownik karty kredytowej może więc ściągnąć cały album za jedyne 45 pensów (opłata za transakcję przy użyciu karty), jeśli tylko uzna, że nie warto płacić więcej. Istnieje jeszcze druga możliwość – zamówienie wersji pudełkowej, zawierającej dwie płyty winylowe, książeczkę z tekstami piosenek, dwie płyty CD zawierające również osiem utworów bonusowych, a to wszystko za jedyne 40£. Radiohead co prawda nie jest pierwszym zespołem, który rozdaje swoją muzykę za półdarmo z pominięciem udziału wytwórni płytowej, jednak na taki krok nie zdecydował się dotychczas żaden zespół tak dużego formatu.
Decyzja grupy zdążyła się odbić szerokim echem w świecie muzycznym. Podobno w ślady Radiohead planuje pójść inny światowej sławy brytyjski zespół rockowy – Oasis, oraz Nine Inch Neils i Jamiroquai. Niewykluczone więc, że Thom Yorke i jego koledzy rozpoczęli właśnie swoistą rewolucję, która może doprowadzić do całkowitego uniezależnienia artystów od wytwórni płytowych. W obliczu rozwoju Internetu taka rewolucja zdaje się być nieunikniona. Labele nie zdołały wygrać jeszcze żadnej bitwy z sieciowym piractwem, trudno więc spodziewać się zwycięstwa w całej wojnie. Jedynym rozwiązaniem wydaje się być kompromis, polegający na doprowadzeniu do sytuacji w której piractwo straciłoby wszelki sens. Przy takim obrocie spraw na pewno nie ucierpieliby artyści, którzy już dziś zarabiają więcej na koncertach niż sprzedaży płyt.
Minimalna cena 45 pensów za pobranie całej płyty z pewnością nie jest adekwatna do jej rzeczywistej wartości. Po eksperymentalnych, surowych albumach Amnesiac i Kid A, oraz dojrzałym, choć stosunkowo łatwym w odbiorze Hail To The Thief, przyszedł czas na wyciągnięcie wniosków i stabilizację estetyczną. W aspekcie instrumentacji In Rainbows rzeczywiście zdaje się być ich naturalnym następstwem. Aranżacje utworów nie są już tak odważne jak to miało miejsce w Amnesiacu, jednocześnie daleko im do konwencjonalności, przeważającej w Hail To The Thief. Zespołowi udało się wypracować dość jednolity styl instrumentacyjny, bogaty zarówno w brzmienia akustyczne, jak i elektroniczne, przy czym te dwie jakości połączono w dobrze wyważonych proporcjach.
Pomijając aspekt aranżacji, muzyczna treść In Rainbows kojarzy się raczej z solowym longplayem Thoma Yorka, niż dotychczasowym dorobkiem Radiohead. Charakterystyczne dla The Eraser pomysły strukturalne bardzo rzucają się w uszy. Trudno przeoczyć też znaczenie komplikacji warstwy rytmicznej i częstego instrumentalnego traktowania wokalu Thoma. In Rainbows obfituje w falsetowe wokalizy, które niestety nie zawsze brzmią naturalnie i przyjemnie. Przykładem może być początek utworu House of Cards, który brzmi jak kiepski pastisz sposobu śpiewania lidera zespołu Sigur Rós. Co ciekawe w tym samym utworze usłyszeć można inny charakterystyczny dla Sigura typ brzmienia – wszechogarniające długie dźwięki z mocnym pogłosem, wydobywane z gitary elektrycznej smyczkiem. Mimo wszystko trudno zakładać tu intencjonalne naśladownictwo.
Wyjątkowo ciekawie przedstawia się również tkanka harmoniczna In Rainbows. Duża komplikacja tego elementu jest cechą charakterystyczną dla muzyki Radiohead począwszy od albumu OK Computer. Niekonwencjonalne harmonia potęguje specyficzny klimat rozchwianych emocji, niestety niewprawionemu słuchaczowi może nieco przeszkadzać w odbiorze. Jednak znając dorobek twórczy Radiohead nie należało spodziewać się katharsis w stylu Dody. In Rainbows jest kolejną trudną płytą dla wymagającego słuchacza. Niestety, mimo niewątpliwie wysokiej jakości, album jako całość zdaje się być tylko bajką bez morału. Nowa produkcja Radiohead rzeczywiście przypomina tęczę (In Rainbows znacz “w tęczach”) – mgliste zjawisko, w którym żaden kolor nie przeważa. Na końcu owej tęczy nie znajdziemy też żadnego garnka ze złotem, zadowolić więc musimy się jedynie wspomnieniem wspaniałych widoków.
Wprawdzie trudno oprzeć się urokowi najnowszego longplay’a grupy Radiohead, czy jednak tak zwany “zwykły poziom” wystarczy by zaspokoić wysokie oczekiwania fanów? Spodziewano się przecież kolejnej rewolucji, na miarę kultowego OK Computer. Tymczasem In Rainbows jest rewolucyjny raczej w kategoriach ekonomicznych niż muzycznych i tak też przypuszczalnie zostanie zapamiętany – jako pierwszy ważny album wydany na przekór dotychczasowemu systemowi dystrybucji muzycznej. Wielka szkoda, że przy tej zacnej okazji nie jest to kolejne arcydzieło na sześć, ale jedynie “marna” piątka z plusem.
efiel

23 Komentarze
Tak więc oto grupa wybitnie muzykalnych i pomysłowych ludzi, którzy na domiar dobrego są zdolni znakomicie swoje pomysły realizować, stała się ofiarą swojej wielkości. Dostali marną tylko piątkę z plusem! ; )
W Twojej recenzji brakuje mi dokładniejszego obadania poszczególnych kolorów tęczy. Ja je obadam w najbliższych dniach i napiszę tu co myślę.
Na razie mogę stwierdzić, że płyta mi się podoba, ale nic mnie w niej jeszcze nie zachwyca. Nic nie sprawia, że łzy stają w oczach. Nic na miarę Exit Music (from a film) czy How to Disappear Completely.
Nie znajdujemy garnka złota na końcu tęczy – napełnia się on właśnie na początku, po stronie Radiohead.
Cóż, to nie jest recenzja z prawdziwego zdarzenia. Pisałem to na potrzebę chwili..co nie znaczy, że nie zamierzam dorzucić jeszcze kilku Lari. Tak czy inaczej – słusznie sprawę w ramy ująłeś – nic nie zachwyca. Jest OK, ale nie Computer.
Ja zaczynam już dostrzegać Radiohead w tej płycie..na początku rzeczywiście czułam, że zdominował ją Thom..teraz utwory dodane do playlisty wraz ze starszymi kawałkami stapiają się w jedną masę, nie wyróżniając się dla mnie niczym specyficznym, na prawdę! ;)
A mój typ na dzień dzisiejszy “All I need”.. piękna, kleista, z przyprawiającym o dreszcz zakończeniem..
a słuchana na żywo!? Ja chcę na koncert! ;D
“Labele nie zdołały wygrać jeszcze żadnej bitwy z sieciowym piractwem” – wojny nie, ale bitwy owszem – wystarczy wspomnieć iTunes, bo dla przeciętnego Amerykanina łatwiej kliknąć na ikonkę na pulpicie pojawiającą się po instalacji programu dostarczonego z iPodem i kupić utwór z DRM za dolara niż główkować z programami p2p, ich konfiguracją, a co gorsza, zaawansowanymi zapytaniami w goglu.
Sądzę, że mocno przesadzasz. Być może Amerykanina stać na ściągnięcie jednego utworu, który zobaczył w MTV, ale na pewno ściągalność całych albumów (bo głównie na tym polega problem piractwa) przez p2p jest wciąż bardzo wysoka. Zresztą, w Stanach może i spory odsetek społeczeństwa stać na komputer. Możliwe nawet, że większy niż powiedzmy we Francji. Nie znaczy to jednak, że każdego z amerykańskich skomputeryzowanych stać na kupowanie płyt, nie mówiąc już o iPodach. Jestem zaskoczony Janie Twoimi poglądami na US, szczerze przyznaję. Wracając do iTunes – wydawało mi się oczywiste, że ściąganie plików z Internetu za pieniądze wciąż jest najbardziej popularne wśród ludzi nieco bogatszych niż klasa średnia. Gdyby było inaczej – sprzedaż mp3ójek byłby chyba bardziej intratnym interesem niż wydobycie ropy. Dorzucę jeszcze zdanie wyjaśnienia, którego zabrakło w poście – oczywiście wspomniane przeze mnie “rewolucja”, oraz “wojna z piractwem”, dotyczą raczej Europy, z dodatkowym wskazaniem na Wielką Brytanię. Mimo wszystko podtrzymuję moją powyższą polemikę odnośnie warunków w USA.
Pozdrx!
Dzisiaj słuchałem “In Rainbows” na okrągło. Będąc oczarowanym wręcz chce mi się wykrzyczeć do tych, którzy płyty jeszcze nie słyszeli, że “Hail To The Thief” jest tylko przygrywką, czymś co musiało poprzedzić tak prawdziwe dzieło. Jestem wielbicielem “Ok Computer” i “Amnesiaca” i cieszę się, że jako jeden z pierwszych odważę się powiedzieć, że “In Rainbows” spokojnie dorównuje im. To płyta zupełnie inna, i choć nie jest buntowniczo natchniona jak “Ok Computer”, nie jest też klaustrofobiczna jak “Amnesiac” jest równie wspaniała. Oczarowuje ferią barw dźwięków i grą światła. Olśniewa jak niespodziewana po burzy tęcza, po której ujrzeniu czujemy się jakoś dziwnie przepełnieni.
To miłe, że fanów stać na takie opinie. Ja przyznaję, że płyta mi się “szalenie podoba”, ale jako człowiek wielkiej wiary – oczekiwałem geniuszu, tymczasem In Rainbows to tylko kawał bardzo dobrej roboty.
Kurcze współczuję im bo ciągle sie wymaga sie od radiohead ok.computer co mnie niezmiernie wkurza!! In Rainbows to genialna melodyjna płyta z przepięknym wokalem! Jak jesteście wszyscy tacy mądrzy to wejdźcie do studia i spróbujcie nagrać choć jedną ładną piosenkę! Moim zdaniem to najlepsza płyta od czasów ok.computer! Jest tak że cokolwiek by nie nagrali słabe i nie ok. Ludzie ogarnijcie się i wsłuchajcie sie w tę płytę bo jest przepiękna
Heh, posłuchaj sam siebie – “najlepsza płyta od czasów ok.computer!”, więc sam najwyraźniej też popierasz ten zwyrodniały pogląd, że OK Computer to najlepszy album Radiohead. Ja się na przykład z nim nie zgadzam. Tak czy inaczej – wcale nie sugerowałem swoim tekstem, że In Rainbows miał być godnym następcą OK Computer. Napisałem tylko, że “Spodziewano się przecież kolejnej rewolucji, na miarę kultowego OK Computer.” Rewolucji, czyli kolejnego przełomu stylistycznego, kolejnego albumu dyktującego przemiany estetyczne w świecie rocka alternatywnego. Album ten nie spełnił tych (niemądrych) oczekiwań. Dla mnie osobiście to jednak nie ma żadnego znaczenia. Płyta jest poniżej poziomu Radiohead i tyle. Nie próbuję jej porównywać z żadnym konkretnym albumem..ona po prostu jest słaba jak na tych geniuszy! Nie zachwyca mnie w niej nic, podczas gdy słuchając poprzednich albumów sram po nogach ze szczęścia niemal przy każdym kawałku.. In Rainbows jest takie sobie i nic tego nie zmieni. Wsłuchałem się w płytę tak jak zalecasz..właściwie od kilku dni nic innego nie robię tylko się w nią wsłuchuję. Wydaje mi się, że mam na tyle szeroką wiedzę i doświadczenie, że mogę śmiało jeszcze raz potwierdzić swoją opinię. W uproszczonej skali 1-10 In Rainbows zasługuje na marne 7.
Trafiłem tutaj zupełnie przypadkowo, ale skoro jestem, to wrzucę parę kamyczków do ogródka efiela. “In Rainbows” jest bardzo dobrą płytą, wprawdzie nie ma już rewolucji na miarę “OK. Computer” czy “Kid A”, ale…
Efiel podaj nazwę tylko JEDNEGO zespołu rockowego, który nagrywając kilka lub kilkanaście płyt w karierze może je wszystkie co do jednej zaliczyć do genialnych lub rewolucyjnych. Taki nie istniał, nie istnieje i istnieć nie będzie. Płyty zyskujące miano genialnych, rewolucyjnych czy też przełomowych nagrywa się raczej rzadziej niż częściej, a niektórym nie udaje się to przez całe lata funkcjonowania w biznesie. Z czego z reguły wynika zawód nowym materiałem wybitnego artysty (nie jestem fanem Radiohead, ale zgódźmy się, że są zespołem wybitnym)? Przede wszystkim z rozminięcia się wyimaginowanych oczekiwań paru milionów słuchaczy z wizją artystyczną zespołu na ten konkretny moment w czasie. Na “In Rainbows” panowie udowadniają kilka rzeczy. Przede wszystkim to, że są genialnymi kompozytorami i piszą piękne piosenki. Ponad to nie muszą podpierać się zbędnymi nutami, żeby utwory rozciągać w kilkuminutowe, pseudoartystyczne eksperymenty – a śmiało mogliby to robić. Thom Yorke udowadnia, że jest wybitnym wokalistą (śmiem zaryzykować tezę, że nie tylko rockowym) i jest w znakomitej formie. Poza tym, który z zespołów o tej pozycji w showbizzie (a duża część ludzi zajmujących się nim zawodowo uważa Radiohead za aktualnie najlepszą grupę rockową na tej planecie), decyduje się nie podpisywać kontraktu i wypuszcza swój najnowszy materiał do sieci praktycznie za darmo? Materiał, który wart jest naprawdę grube pliki prawdziwej waluty. To jest działanie z ducha czysto rockowe, o ile dzisiaj, w erze postrocka jeszcze ktoś pamięta o rockowym buncie i walce z wszelkimi systemami krępującymi wolność jednostki! To jest prawdziwa rewolucja, która – ja też żałuję – przeniosła się z warstwy muzycznej na ekonomiczną, ale jednak muzycy Radiohead nadal próbują walczyć. Szacunek.
Tak jak pisałem na początku, “In Rainbows” to bardzo dobra i bardzo piękna, niemal transowa płyta. Nie mam zamiaru rozbierać tkanki muzycznej na pojedyncze nuty, bo słuchanie muzyki traci wtedy sens. Zaczynamy sprzeczać się o szczegóły techniczne zapominając o tym co w muzyce najważniejsze – emocje. Trzeba jednak zaznaczyć, że zespół przerzedził warstwę muzyczną i teraz jest znacznie więcej “powietrza”, co nie oznacza, że została pustka. Czasem pauza jest znacznie mocniejszym środkiem wyrazu niż kilka nut (najbardziej doceniał to geniusz niepodważalny z trochę innych rejonów – Miles Davies). Jakiś czas temu Thom Yorke poproszony o wytypowanie najlepszego jego zdaniem utworu jaki kiedykolwiek nagrała grupa Radiohead, wskazał “How To Desappear Completly”. Kiedy słucham ostatnich, wybrzmiewających w finale “Videotape” dźwięków fortepianu, mam wrażenie, że zespół zbliża się do ideału zdefiniowanego przez Yorke’a, a zawartego w tytule jego ulubionej kompozycji – jak zniknąć , żeby pozostała muzyka i emocje w stanie czystym.
Ogólnie o płycie – nie jest idealnie, ale bardzo dobrze.
P.S. Drogi efielu, więcej konsekwencji. Najpierw piszesz, że płyta na piątkę z plusem i z trudem opierasz się jej urokowi, chociaż nagranej na “zwykłym poziomie” jak na zespół Radiohead. Ale już w ostatnim poście płyta jest “poniżej poziomu” i “słaba jak na tych geniuszy”. Mam nadzieję, że to nie jedynie wynik przekory i chęć polemizowania :)
pozdrawiam
Drogi Nikt, 5+ to właśnie mało jak na tych geniuszy. Jednocześnie taki “zwykły poziom Radiohed” wystarczy żeby opętywać urokiem. Zrozum – dla mnie Radiohead to NADzespół ;) Ich zwykły poziom (+5wy) to poziom o niebo wyższy od większości współczesnych zespołów (rockowych). Płyta na zwykłym poziomie więc – zachwyca, podoba się i zasługuje na 5+, jednocześnie znając całą twórczość Radiohead wiem z czym się je szóstki. Niestety na In Rainbows nie ma ani jednego utworu na 6, (chociaż moja Żona by się tu ze mną nie zgodziła ;) ) Stąd mowa o zaniżeniu poziomu, o słabości albumu. Niemal każdy kawałek na IR jest na 5+, jest też kilka na wiele mniej, jednak nie ma ani jednego utworu obezwładniającego, szóstkowego – jeśli chcesz mówić tylko o emocjach z pominięciem warsztatu.
Uparłeś się :)) Ale rozumiem rozterkę fana Radiohead. Ja nie traktuję ich jako NADzespołu, więc nie mam tego problemu. To są normalni, aczkolwiek niezwykle utalentowani i już dojrzali artyści. Nie mam zamiaru się wymądrzać, ale w swoim życiu wysłuchałem kilku (jeśli nie kilkunastu) tysięcy płyt i obejrzałem na żywo kilkaset koncertów. Dla mnie R. to jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) i najbardziej kreatywnych zespołów (nie chcę pisać rockowych, bo ta formuła wyczerpała sie jakiś czas temu, a szufladkowanie jest prymitywną formą opisu rzeczywistości muzycznej, wymyślonej na własny użytek przez dziennikarzy). Zgodziliśmy się , że “IR” to nie jest rewolucja. Z tym, że ja uważam, że płyta nie musi być rewolucyjna aby była piękna. A to charakteryzuje artystów z najwyższej półki. Nie rozpatruję kwestii warsztatowych, ponieważ Radiohead już dawno temu udowodnili posiadanie wystarczającej sprawności muzycznej. Mam wrażenie, że dotknęła Cię przypadłość, o której pisałem we wcześniejszym poście, tzn. rozminęły się Twoje (chyba zbyt wysokie) oczekiwania z wizją artystyczną zespołu. Stąd ta różnica – zamiast 6, dajesz im 5+. Nie chcę Cię pouczać, ale tym razem powinieneś posłuchać się żony ;)
Dla mnie jak na razie “IR” to jedna z dwóch najlepszych płyt roku. Na razie w prywatnym rankingu prowadzi PJ Harvey z “White Chalk”. Obezwładniający materiał.
pozdrawiam
Ja ani przez chwilkę nie twierdziłem, że ta płyta nie jest piękna. Zdaje się, że to Ty uparłeś się, sugerując że +5 to mało. Jeśli chodzi o Twoje rozległe doświadczenia muzyczne – ja niestety nie mogę podać liczb nawet zbliżonych do Twoich. Nie wysłuchałem kilkunastu tysięcy płyt. Jeśli ich liczba dobiła do 500 to dobrze. Nie byłem też na setkach koncertów, najwyżej na 10-20 (nie biorąc pod uwagę koncertów tzw. “muzyki klasycznej”). Mimo wszystko wciąż będę upierał się (na podstawie swojego nader skromnego doświadczenia), że IR jest kiepskie. Właściwie moje sądy w przeciągu ostatnich dni nawet się zaostrzyły. Dziś nie mam nawet ochoty wracać do IR, czując się niezmiernie znudzony. Ponieważ z wykształcenia jestem muzykologiem mam jednak skłonność do “rozpatrywania kwestii warsztatowych” i o ile masz rację, mówiąc że Radiohead już dawno udowodnili swoją “sprawność muzyczną”, nie wiem dlaczego miałbym dawać im z tego powodu kredyt.
PS. White Chalk – arcydzieło! Dzięki za rekomendację.
Kończę dyskusję na temat “IR” :) Sprawa jest nierozstrzygalna. Ale lubię rozmawiać z ludźmi przedstawiającymi logiczne argumenty i potrafiącymi tych argumentów bronić. Przynajmniej dyskusja jest wtedy twórcza. Cieszę się, że przynajmniej PJ Harvey trafiła w Twoje upodobania. Przez przypadek odkryłem wczoraj zjawisko zupełnie niezwykłe. Nie wiem czy cenisz sobie twórczość Tori Amos, ale jeśli tak, to odsyłam do kogoś, kto porusza się w podobnych klimatach. Dziewczyna nazywa się Julia Marcell i – uwaga!!! – jest Polką. Przesłuchałem EP po tytułem “Storm” i jestem w najprawdziwszym szoku! Ponoć sama Amos na łamach “The Guardian” wypowiadała się o tej muzyce w samych superlatywach. Muzykalność, aranżacje i języka angielski na poziomie niedostępnym polskim artystom. Jestem ciekaw Twojego zdania.
pozdrowienia
Nie chcesz znać mojego zdania ;) I tym razem Żona w pełni mnie popiera ;) Przesłuchałem epkę i zwyczajnie nie mam ochoty do niej wracać. Być może jest to rzeczywiście kwestia osobistych, zakorzenionych upodobań. Za Tori nie przepadam, chociaż zdaję sobie sprawę z “wysokiej jakości” jej muzyki. Julia – w moim odczuciu – musi się jeszcze wiele nauczyć. Z wymienionych przez Ciebie atutów nie zaprzeczę jedynie muzykalności. Tak czy inaczej – dzięki za kolejną rekomendację. Czekam na więcej ;)
Myślę, że to rzeczywiście kwestia indywidualnych upodobań. Ja też nie podchodzę do twórczości Amos na kolanach (chociaż znam kilka nieuleczalnych przypadków) ale lubię i doceniam. Zgadzam się, że Julia jest jeszcze “surowa”, przecież to młoda i nie ukształtowana artystka, bez szczególnie oryginalnego pomysłu na siebie. Chodziło mi bardziej o potencjał. Uważam, że jest bardzo duży i dlatego pisałem o zjawisku niezwykłym (tym bardziej, że swojskim).
Jeśli chodzi o kolejne rekomendacje, to proszę – nie bądź egoistą :) Jako muzykolog, muzyk i fan muzyki zdecydowanie możesz polecić mi to, co Ciebie porusza i “kręci” (nie trawię tego słowa :). Czekam z niecierpliwością i z góry dziękuję.
A teraz jeśli chcesz, zachęcam do posłuchania rzeczy kompletnie nie z tego świata. Dla mnie to płyta roku 2006. Jako, że jesteś muzykiem o szerokich horyzontach myślę, że już tego słuchałeś, ale jeśli nie… To także kobieta. Nazywa się Joanna Newsom, a płyta nosi tytuł “Ys”. W ogóle trudno ten materiał oceniać, bo współcześnie nikt już nie nagrywa takich płyt. Na krążku jest tylko 5 (!!!) utworów – najkrótszy trwa 7:17, najdłuższy 16:53. Pani Newsom gra na harfie i śpiewa. Jeśli dzisiaj nadużywa się przymiotnika “genialny”, to w przypadku “Ys” nie będzie najmniejszego nadużycia. Już wcześniejsza płyta “The milk-eyed mender” zdradzała objawy geniuszu, ale “Ys” to opus magnum. Jeśli nie odrzuci Cię na początku i nie zniechęci, to uważaj – narkotycznie uzależnia ;) Ja się uzależniłem.
Czekam na Twoją opinię (Twojej żony również ;))
pozdrawiam spod parasola tęczy.
Jeśli chodziło Ci o potencjał – trudno byłoby się tu kłócić. Oczywiście Julia potencjał ma ogromny, oby jednak na tym się nie skończyło.
Dzięki za kolejną rekomendację, postaram się dotrzeć do tej muzyki.
Ja natomiast mogę gorąco polecić The Veils i Arcade Fire, jeśli te zespoły są Ci jeszcze obce. Ja ze wstydem muszę przyznać, że “odkryłem” je bardzo niedawno. Polecam też opus ósme etiud Skriabina. Nie wiem jakie masz podejście do muzyki fortepianowej XIX i początków XX wieku, ale jeśli nie jest Ci znana – tam ukryte są pokłady prawdziwego geniuszu.
Bądź zdrów!
Witaj! Przepraszam za przerwę, ale byłem w rozjazdach i nie miałem dostępu do kompa.
Jeśli chodzi o Arcade Fire to jak najbardziej tak, podpisuję się rękami i nogami – to są świetnie skomponowane piosenki. No i jak to jest zaaranżowane i zagrane! Słuchałem już ich wcześniejszych produkcji, ale “Neon Bible” to ich najlepsza rzecz. Bezbłedna.
The Veils – tutaj mam kłopot. To chyba trochę nie moja estetyka. Prawdopodobnie można doszukać się w tym czegoś ciekawego i głębszego, ale ja (na razie) nie potrafię. Podobają mi się pojedyncze utwory i specyficzny, niedookreślony klimat, choć całość nie rzuca na kolana. To czysto subiektywna ocena. Może się kiedyś do nich przekonam
Skriabin – muszę się z Tobą zgodzić. O ile nie jestem specjalnym admiratorem epoki romantyzmu w literaturze, to romantyzm w muzyce jest zniewalający. A Skriabin rzeczywiście jest jego jednym z najjaśniejszych punktów. Autentyczny geniusz. Nie jestem rusofobem i uważam przełom XIX i XX wieku w rosyjskiej sztuce za okres niezwykły, nie mający precedensu. Po wiekach kulturalnej pustyni, w rosyjskiej literaturze, muzyce, malarstwie, pojawiają się prawdziwi GENIUSZE. W jednym czasie i miejscu takie natężenie talentów daje światu niezwykłe arcydzieła. Później znów to wszystko znika bez specjalnej kontynuacji!
Czytałem Twoje krótkie rozważania na temat etiudy dis-moll op.8 nr 12 i wykonania jej przez Horowitza oraz Kissina. Nie jestem gruntownie wykształconym muzycznie człowiekiem (w tym przypadku kieruję się bardziej sercem niż rozumem) więc nie mogę precyzyjnie oceniać techniki wykonania i wszelkich niuansów, ale rzeczywiście kissinowskie wykonanie podobało mi się bardziej. Porównanie Horowitza do walącego w klawisze dziecka (co by o Horowitzu nie powiedzieć) ma w sobie sporo racji.
Dzięki za powyższe rekomendacje.
Znalazłeś Joannę Newsom?
pierdolcie sie wszyscy!
:)
Znalazłem Joannę, przesłuchałem nawet kilkakrotnie i chociaż jestem pod wrażeniem możliwości wokalnych nie przekonała mnie muzyka.
Jeśli chodzi o Skriabina – chyba niedobrze jest mówić o nim jako o kompozytorze romantycznym. Postawa twórcza Skriabina wciąż wywodziła się z romantycznych ideałów, ale estetyka bardzo odbiega od typowo romantycznego sposobu postrzegania muzyki. Skriabin to nie romantyk, Skriabin to Skriabin, ewentualnie, jeśli ktoś się uprze – ekspresjonista. Tak czy inaczej Skriabin (w klasyfikacji ‘epok’ muzyki europejskiej i rosyjskiej) należy już do tzw. twórców modernistycznych, czy też XXwiecznych, współczesnych. Czepiam się, bo taka moja funkcja społeczna niewydarzonego muzykologa ;)
In Rainbows – z każdym przesłuchaniem zaczyna coraz bardziej wciągać. I zaczyna u nie wchodzić na 2 miejsce, po Okeju Komputeru. I tyle, nie będę się wysilał na opisywaniu czegoś, co we wcześniejszych postach moi poprzednicy zawarli. Chciałoby się, aby inne zespoły potrafiły utrzymywać na kolejnych swoich płytach tak wysoki poziom, bo np. nowy Smashing to dla mnie rozczarowanie roku.